O autorze
Jacek Żalek - prawnik, rocznik 1973, żonaty, Wiceprzewodniczący Klubu Parlamentarnego Zjednoczonej Prawicy, poseł na Sejm RP z województwa podlaskiego. Członek Komisji Ustawodawczej. Pełnomocnik Sejmu RP przed Trybunałem Konstytucyjnym.

Od uśmiechniętego kandydata do politycznego frustrata

Wydając z siebie jeden z wojennych okrzyków, Bronisław Komorowski zapewnił niedawno o swojej wiarygodności, stateczności, doświadczeniu i solidności stwierdzając: „spełniłem wszystkie obietnice wyborcze z roku 2010”.

Ostatni dzień przed ciszą wyborczą to moment, w którym właściwie nie ma już niezdecydowanych. Obozy zwarły szyki, argumenty przestają mieć znaczenie, zintensyfikowane emocje zastępują rozum. Wydając z siebie jeden z wojennych okrzyków, Bronisław Komorowski zapewnił niedawno o swojej wiarygodności, stateczności, doświadczeniu i solidności stwierdzając: „spełniłem wszystkie obietnice wyborcze z roku 2010”.

Przeczytawszy tę wypowiedź gapiłem się w ekran komputera dobre kilka minut. No, bo skoro jest tak fajnie, a wciąż jeszcze urzędujący Prezydent jest człowiekiem tak cholernie słownym, to dlaczego przegrał z Andrzejem Dudą? I dlaczego czuję niesmak czytając tę wypowiedź?

Na stronach internetowych Platformy Obywatelskiej i Bronisława Komorowskiego nie znalazłem już listy zobowiązań z 2010 roku. Na szczęście internet jest na tyle pojemny, że udało się je wygrzebać. A nawet obejrzeć fragmenty dawnych debat. I co? Na przykład to: „nie ma potrzeby podnoszenia wieku (emerytalnego), można stworzyć możliwość wyboru, na przykład łącznie z wyższą emeryturą” (debata z 27 czerwca 2010 roku). Niecałe dwa lata później Bronisław Komorowski podpisał ustawę podwyższającą wiek emerytalny do 67. roku życia.

„Chcę, żebyśmy płacili mniejsze podatki” - to fragment z jego ulotki wyborczej. Efekt? Podniesienie trzynastu rozmaitych podatków, w tym podatku VAT na buty i ubranka dziecięce z 8% do 23%.

„Od września 2010 roku w ciągu trzech lat podwyżka dla nauczycieli o 30%” (to również z debaty prezydenckiej). Realny wzrost w tym okresie trzy razy niższy.

Może nie bez przyczyny bliskim współpracownikiem Bronisława Komorowskiego został Tomasz Nałęcz, który bodajże trzy dni temu na antenie TVN24 wyrzucił z siebie niezwykłe zdanie: „Tylko w momentach wyborów i przed wyborami naród odzyskuje suwerenność (…) Po wyborach wszystko się rozejdzie po kościach”. Trochę to smutne, a trochę też straszne. Bo ktoś, kto tak fantastycznie obiecuje, kto ma za nic własne słowo i być może nawet nie pamięta o tym, do czego się zobowiązał (ot, rozeszło się po kościach) bez cienia zażenowania domaga się miejsca w Pałacu Prezydenckim na kolejne pięć lat.

Sama dynamika prezydentury i kampanii Bronisława Komorowskiego była niepokojąca. Kilka lat politycznego lenistwa, równie leniwie prowadzona kampania i nagłe jej ożywienie, gdy perspektywa utraty wygodnego stołka stała się przeraźliwie realna. Stare obietnice zastąpiły nowe. Tuż przed pierwszą turą wyborów Bronisław Komorowski grzmiał na „politycznych frustratów”, którzy zamierzają zmieniać polską konstytucję. Zaledwie dzień po przegranej, sam proponuje identyczną zmianę Konstytucji i to w drodze referendum, które w opinii ekspertów jest… niekonstytucyjne.

Boję się prezydenta, który z piątku na poniedziałek staje się – politycznym frustratem i go nie chcę. Boję się, gdy widzę, że jedynym źródłem motywacji do jakiegokolwiek działania jest perspektywa wyborczego fiaska. Boję się prezydenta, który przegrywając w pierwszej turze mówi, że jego przegrana to ostrzeżenie dla obozu władzy tym samym budując mur pomiedzy sobą, a wyborcami. Boję się prezydenta, który liczy się z narodem jako suwerenem raz na pięć lat przez dwa tygodnie drugiej tury wyborów. Boję się prezydenta, który ewidentnie łamiąc własne słowo ma czelność twierdzić, że zrealizował wyborcze zobowiazania.

Z obietnic prezydenta Komorowskiego nie pozostało wiele. Na szczęście wciąż jeszcze mamy wybór, którego możemy dokonać.
Trwa ładowanie komentarzy...