Dziecko dla każdego

Wybory prezydenckie zmieniły wszystko. No, prawie wszystko. Zmiana dotyczy nie tylko osoby Prezydenta, ale też wizji państwa i – co najważniejsze – układu sił na politycznej scenie. Jeśli najnowsze sondaże przypisują trzecie miejsce w nadchodzących wyborach parlamentarnych Platformie Obywatelskiej, to trzęsieniu politycznej ziemi trudno zaprzeczyć. Może rzeczywiście „idzie nowe”? Może fala frustracji dokona czegoś więcej niż tylko kilkuletniej zmiany wektorów? Pytań o sens i znaczenie obserwowanych zmian wydaje się nie stawiać sobie wspomniana Platforma Obywatelska, która tocząc wewnętrzne spory sięga w walce politycznej po stare, mocno już „zgrane” pomysły.



Po raz kolejny jest podejmowana próba rozbicia społecznych emocji wzdłuż prostacko wytyczonej linii światopoglądowych sympatii. W zabiegu tym pomocna okazała się dłoń najczęściej krytykowanego, choć do niedawana hołubionego przez Ewę Kopacz ministra – Bartosza Arłukowicza. Wystarczająco cyniczni PR-owcy, nawet z tak fatalnie ocenianego ministra uczynić mogą kurę znoszącą złote jaja. Tym razem, lekarstwem na powyborczego kaca Platformy ma być przygotowana przez Ministerstwo Zdrowia ustawa o in vitro. Temat od zawsze polaryzujący emocje wyborców, a więc doskonały jako odpowiedź na apele Prezydenta-elekta i partii opozycyjnych o merytoryczną dyskusję nad ścieżkami rozwoju państwa. Sądząc z wypowiedzi ex-marszałka Radosława Sikorskiego i premier Ewy Kopacz, żadnej merytorycznej dyskusji nie będzie. Bo i po co dyskusja, skoro można sprowokować jatkę.

Światopoglądowy spór rzeczywiście może być ostrzejszy, niż zazwyczaj, ponieważ rządowy projekt ustawy przewiduje dopuszczalność metody in vitro nie tylko dla małżonków, ale także dla osób pozostających we wspólnym pożyciu, o czym czytamy już w ustawowej definicji tzw. “dawstwa partnerskiego” (art. 2 pkt 8 projektu). To niebezpieczna furtka, która w przypadku przyjęcia ustawy, z pewnością zostanie wykorzystana. Jeśli zgodnie z najnowszym orzecznictwem sądowym za konkubinat, czyli stan faktycznego pożycia, uznaje się również związek homoseksualny, to przyznanie dostępu do metody in vitro, bez użycia kryterium różnicującego wynikającego z przyjęcia obowiązku małżeńskiego, zostanie wykorzystane pod pozorem walki z dyskryminacją związków jednopłciowych. Kryterium płci biologicznej zostaje podważone na gruncie tzw. konwencji przemocowej, która wprowadza do naszego porządku prawnego pojęcie “płci kulturowej”. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, by lesbijka domagała się zabiegu in vitro utrzymując, że w „konkubinacie” kulturową rolę mężczyzny pełni jej partnerka.

Zbliżamy się do chwili, gdy z in vitro uczynimy „sklep z ludźmi”, a na zakupy, oczywiście na koszt podatnika, będzie mógł przyjść każdy. Osoby żyjące w dowolnych konfiguracjach społecznych, wliczając w to osoby całkowicie dysfunkcyjne i oddające się pielęgnowaniu swoich mniejszych bądź większych perwersji, będą mogły „załatwić sobie dzidziusia”, jeśli tylko zgodnie oświadczą, że pozostają we wspólnym pożyciu. To niebezpieczna droga faktycznie instytucjonalizująca paramałżeństwa homoseksualne. Obawy nie są bezzasadne. Wanda Nowicka obwieściła, że pary homoseksualne już teraz mają dzieci z in vitro. W najmniej drastycznym z przypadków prowadzić może do tak absurdalnych sytuacji, jak opisywane niedawno zdarzenie w Wielkiej Brytanii, kiedy to homoseksualista będący dawcą nasienia, adoptował poczęte dzięki metodzie in vitro dziecko, które urodziła mu... własna matka. W sensie prawnym – mężczyzna musiał adoptować swojego brata, którego jednocześnie był ojcem. A cały ten bałagan możliwy był dzięki swobodnemu dostępowi do metody zapłodnienia pozaustrojowego.

W szale reklamowania nowego „sklepu z dzidziusiami” całkowicie zmarginalizowano (zapewne nie przez przypadek) to, co potencjalnych „klientów” może skłaniać do refleksji. Podstawowe dane statystyczne jednoznacznie wskazują, że częstotliwość występowania zaburzeń genetycznych w populacji dzieci poczętych poza ustrojem matki jest o 30% wyższa, niż w populacji dzieci poczętych naturalnie. To „aż”, a nie „jedynie” 30%. Nieodłączną składową procedury in vitro jest hiperstymulacja jajników, która zaburza aktywność genów. Podobnie działa sztuczne pobudzanie plemników. Obrazowo moglibyśmy zabiegi te porównać do zabronionego prawem dopingu w sporcie. Tyle, że medycyna sportowa już coś zrozumiała. Medycyna prenatalna natomiast powoli zmienia się w prenatalny przemysł.

Na stronach klinik oferujących zapłodnienie pozaustrojowe trudno znaleźć informację o olbrzymim ryzyku, jakim obciążona jest technika polegająca na wstrzyknięciu wybranego plemnika do unieruchomionej komórki jajowej. To, czy w warunkach naturalnych wyselekcjonowany przez laborantów plemnik byłby w stanie zapłodnić komórkę jajową pozostaje bez odpowiedzi i wydaje się, że w ogóle speców od in vitro nie interesuje. Jeśli „ładnie” wygląda pod mikroskopem, to pewnie „się nadaje”. To już nawet nie jest zabawa w Pana Boga. To czyste szaleństwo. Bagatelizowane są również dane wskazujące na dużo większy odsetek samoistnych poronień wśród kobiet, którym wszczepiano laboratoryjnie zapłodnione komórki jajowe.

Pozostaje jeszcze cała sfera pytań etycznych. Pytań o istotę życia, o prawo do selekcjonowania zarodków, o granice eugeniki. Skoro pomysłodawcy i autorzy rządowego projektu ustawy z taką łatwością skazują na zamrożenie w ciekłym azocie cztery z sześciu zarodków, to może w taki sam sposób poradzić sobie z protestującymi górnikami, nauczycielami i pielęgniarkami? No, chyba, że uznamy, że nie ma żadnej ciągłości pomiędzy ludzkim zarodkiem, a tym, co w przeciągu kilku miesięcy z niego wyrasta. Ja taką ciągłość widzę.

In vitro to biznes. Niedawno został nawet wyceniony – na jakieś 400 milionów złotych. Po co niszczyć tak prężnie rozwijający się rynek implementując potencjalnym klientom dawkę refleksji? Po co opowiadać o genetyce, o śmierci życia poczętego, po co stawiać pytanie o powody bezdzietności? Dużo prościej jest nakłamać i przedstawić in vitro jako jedyną drogę do potomstwa. Nawet autorzy rządowego projektu biorą udział w tej manipulacji nadając proponowanej ustawie tytuł „Ustawy o leczeniu niepłodności”. Tyle, że in vitro nie leczy niepłodności, a co najwyżej przeciwdziała bezdzietności. To trochę tak, jakby gwałciciela nazwać hojnym dawcą nasienia.

Pozostaje wreszcie poważny kłopot natury prawnej. Prof. Andrzej Zoll – były prezes Trybunału Konstytucyjnego – zwrócił uwagę, iż dopuszczenie in vitro dla par żyjących w konkubinacie pozwoli na uznanie ojcostwa mężczyzny, który nie jest ani ojcem genetycznym dziecka, ani nie jest związany z jego matką. Absurd? Postawmy kolejne pytanie – co w sytuacji, gdy tzw. „partner” rozstanie się z „partnerką” w czasie pomiędzy zabiegiem in vitro, a rozwiązaniem? Na kim spoczywać będzie obowiązek alimentacyjny? Czy przejdzie na... dawcę nasienia (a więc ojca genetycznego)?

Krótko mówiąc – szykuje nam się powtórka z nazbyt często odgrzewanego sporu. Z jednej strony spór to ważny, bo dotyczący pytania o istotę życia ludzkiego oraz status rodziny. Z drugiej strony – spór potraktowany przez wciąż jeszcze rządzącą koalicję PO-PSL w sposób instrumentalny. Oby – mając tę świadomość – udało nam się zachować mądrze i przynajmniej dla dobra dzieci ocalić normalną rodzinę.
Trwa ładowanie komentarzy...